Witajcie
Otóż rozstałam się z chłopakiem (już w sumie prawie 2 tyg temu, ale ostateczną rozmowę mieliśmy niecały tydz. temu). Ostatnie 2 miesiące były bardzo burzliwe... To rozstanie było trzecim w ciągu 1,5 miesiąca i jest raczej ostateczne (a w każdym razie jeśli on by chciał wrócić to by musiał się na prawdę nieźle nagimnastykować i udowodnic, że sie zmienił, przedtem dzień po rozstaniu do mnie wracał, teraz juz tak nie będzie). Tak więc antykoncepcja nie jest mi potrzebna... A biorę sobie ciągle Mercilon. Sexu raczej przez najbliższe miesiące nie planuję... Na razie nikogo nowego nie szukam na siłę, chcę odpocząć. A nawet jak znaję np. za miesiąc to i tak od razu raczej nie pójdę z nim do łóżka, więc nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu sexu przez najbliższe 3-4 miesiące nie będzie. I dlatego myślę czy się "truć" pigułkami czy nie. Tzn. gdyby antykoncepcja była jedynym problemem to bym odstawiła, ale...
Poza ochroną przed ciążą pigułki dają mi:
- zawsze idealnie regularne krwawienie (bez pigułek wahania 26-34 dni)
- krwawienia są krótkie (bez pigułek około 6 dni)
- krwawienia są skąpe (bez pigułek 3 dni są baaaardzo obfite)
- podczas krwawienia prawie nic nie boli (bez pigułek większość okresów jest bolesna)
- trochę lepszą cerę
O tyle o ile ostatni powód jest banalny to długość i obfitość okresu jest dla mnie dość ważnym problemem

I na prawdę nie wiem czy jest sens brać pigułki, żeby lekko znosić comiesięczne krwawienia czy odstawić i radzić sobie jakoś inaczej... Dlatego też zwracam się do Was po radę. Co Wy byscie zrobiły na moim miejscu?
Pozdr