Najpierw mieszkałam na 38 m z rodzicami, psem i młodszym bratem.
Później mieszkałam na 55 m z teściami i z mężem.
Teraz mieszkam na 32 m z mężem i córeczką.
W każdym wypadku najważniejsza była i jest przestrzeń osobista, o której piszecie, nie tylko jako miejsce, ale też przedmioty. Ja nie porządkuję mężowi biblioteczki, chociaż aż mnie skręca (mam takie coś w sobie zaprogramowane na sprzątanie, układanie, poprawianie, nie mogę się temu często oprzeć), on nie przekłada mi rzeczy w kuchennych szafkach.
Nawet tam, gdzie jest mało miejsca, da się tak zorganizować życie codzienne, żeby było si (pozwoliłam sobie użyć zwrotu Didoka

). Wszystko jest kwestią dogadania się zwłaszcza na samym początku.
Nigdy nie miałam okazji mieszkać sama (nie liczę tych kilku razy, gdy zostawałam sama na dzień, dwa, trzy), więc mieszkanie z kimś to dla mnie stan naturalny.
Najtrudniej było dogadać się z teściową, chociaż obie bardzo się starałyśmy zażegnywać konflikty już u źródeł. Jakie tam konflikty

, w sumie były to drobne nieprzyjemności, że odłożyłam coś nie na swoje miejsce, albo że zrobiłam coś tak, a nie inaczej. Jak się mieszka z kimś obcym, który w domu miał inne nawyki, to trzeba się dotrzeć. Kimkolwiek ten obcy by nie był: ukochanym facetem, współlokatorką czy teściową.
Jestem przeciwna pomysłowi zamieszkania razem w przypadku, gdy jedno z was ma wątpliwości. Ma być bez wątpliwości, bo mogą się one przerodzić w jakieś lęki i niepotrzebne kłopoty.
A co do nudzenia się sobą... Dopóki masz czas, miejsce, czynności, przyjemności, znajomych only for you, to wam nie grozi. Fakt, mieszkając razem trzeba się bardziej starać, jak napisała Juliette, pielęgnować ten związek, jak roślinkę. Teraz facet się za tobą nie stęskni, bo ma cię na wyciągnięcie ręki. Znika gdzieś to przyjemne napięcie związane z oczekiwaniem na spotkanie. Pryska czar, gdy on rankiem zobaczy cię wyglądającą, jak ósmy pasażer Nostromo, z oddechem Bazyliszka, a ty jego, gdy dusi sobie pryszcze (może głupi przykład). Zawsze można sobie z takich rzeczy pożartować, ale brak jakiejś takiej zmysłowości, nie wiem, jak to nazwać, romantyczności (?) z czasem staje się powszechny.
Mieszkanie razem ma dobre strony, o ile oboje jesteście na tyle elastyczni, żeby wypracować wspólną codzienność (ja nadal pracuję nad skarpetkami na środku pokoju, albo wkopanymi głęboko pod łóżko

). No i napraaaawdę dobrze jest mieć blisko siebie ukochaną osobę

i wspólnie rozwiązywać bytowe problemy.